AJM: Pracujecie razem od dziesięciu lat jako Studio2. Z jakimi wyzwaniami spotykacie się, współtworząc i współdzieląc autorstwo swoich prac? Co jest w tej współpracy najtrudniejsze?

BK: Dla mnie na początku naszej współpracy najtrudniejsze było ciągłe, męczące wyjaśnianie innym, co jest czyje. Dość absurdalne było to, że dla niektórych odpowiedź była bardziej interesująca niż same prace. I to powracające pytanie uzmysłowiło nam, jak silny jest wciąż romantyczny obraz autora jako samotnego geniusza. 

Okazało się, że bez jednego autora obraz dla wielu traci wartość i nie zasługuje na status „dzieło sztuki” – jakby bardziej liczył się podpis niż sam obraz.

DV: Myślę, że najtrudniejsze momenty mamy już za sobą. Te momenty, dzieją się wtedy, kiedy trzeba schować do szuflady swoje ego, wyciszyć indywidualność na rzecz współpracy. Trzeba nauczyć się wpuszczać drugą osobę, wraz z jej światem na swój teren, co – jak wiadomo – w przypadku artystek i artystów wcale nie jest łatwe.

Pamiętam moment, parę lat temu, gdy Beti pierwszy raz stworzyła kompozycje za pomocą Sztucznej Inteligencji, używając dla zabawy, dla próby, podobnych motywów, jakich używałem w swoich rysunkach: czapek z daszkiem, deskorolek, podobnych proporcji twarzy, typów urody, deformacji etc. Gdy je zobaczyłem, pomyślałem, że wyglądają jak moje tylko, że są sto razy lepsze, ciekawsze, bardziej pomysłowe. Poczułem się niczym kolarz jadący w peletonie, który nagle został prześcignięty przez innego kolarza i został daleko w tyle. 

Mocno mnie to „walnęło”, ale na szczęście szybko emocje opadły i potem wiele razy się z tego śmialiśmy (śmiech). Choć nadal potrafimy się przekomarzać, kto wymyślił jaki pomysł, szczególnie jeśli chodzi o pomysły atrakcyjne, to jednak po tych paru latach współpracy znamy już „instrukcję obsługi”. 

Widok wystawy | fot. Mirek Sikorski

AJM: Wystawę prezentowaną w krakowskiej galerii „Pryzmat” nie bez powodu, choć moim zdaniem przewrotnie, zatytułowaliście: Śmierć autora. Bo czy korzystając z narzędzia, jakim jest AI, autor pracy rzeczywiście „znika”?

BK: Owszem, przewrotnie, bo nie jesteśmy przekonani, czy jest kogo „zabijać” (śmiech).
Chcieliśmy tym projektem doprowadzić do sytuacji, w której pytanie, kto jest autorem lub co jest czyje, staje się po prostu niedorzeczne. Myślę, że AI nie tyle uśmierca autora, ile raczej podkreśla fakt, że Autor – w takim potocznym rozumieniu – czyli ktoś, kto wszystko kontroluje i stoi za dziełem – to jest dość uproszczona konstrukcja.

DV: W naszym duo Beti jest panią od grafiki generatywnej, więc to bardziej do niej pytanie, ale jeśli miałbym odpowiedzieć trochę z boku, to wedle mnie wszystko zależy od autorki/ autora, na ile zdecyduje się oswoić „bestię”, a na ile zniknąć leniwie w jej przełyku (śmiech). Oczywiście zniknięcie jest kuszące, pozornie rzeczy dzieją się same (śmiech). Oswojenie „bestii” wymaga jednak konkretnego wysiłku.

Śmierć autora | fot. Mirek Sikorski

AJM: Czy moglibyście opowiedzieć o swojej metodzie pracy? Jak powstają Wasze dzieła?

BK: Nie mamy jednej metody, to się zmienia zależnie od projektu. W przypadku Śmierci autora w centrum jest proces i współdziałanie. Tym razem nie tylko między nami, ale też z algorytmem, który przestaje być narzędziem, a staje się trzecim, aktywnym uczestnikiem procesu twórczego i często prowadzi go w nieprzewidywalne rejony.

Prace powstały poprzez wieloetapowe nakładanie, negocjowanie i remiksowanie:
rysunku odręcznego Darka, elementów cyfrowych oraz form generowanych za pomocą modeli AI, wykorzystywanie błędów technologicznych i nieprzewidywalnych mutacji kompozycji, mieszanie technik. Obraz przechodził przez kolejne transformacje – między mediami, między narzędziami, między nami. Jako projektantka byłam przyzwyczajona do pełnej kontroli, do tego, że wszystko jest wcześniej zaprojektowane, przewidziane, i musi być uzasadnione.
Tu musiałam odpuścić i zaufać procesowi, którego nie daje się zaplanować, co było bardzo uwalniające. Dzięki temu obraz zaczął funkcjonować jak coś, co jest „przed” nami i nie tyle go tworzymy, ile raczej rozpoznajemy, w którą stronę chce iść, a my za nim podążamy.

DV: Beti ma rację. Nie ma jednej ustalonej metody, jaką stosujemy przy powstawaniu naszych prac. Zaczyna się czasem od wspólnego gadania, czasem Beti coś robi w zaciszu i przynosi mi żebym zobaczył lub odwrotnie – ja coś tam dłubię i w pewnym momencie Jej pokazuję. Zatem ten moment „wpuszczenia” drugiej osoby do swego dzieła bywa czasem bliżej początku powstania, czasem w bardziej zaawansowanym momencie, nie mamy reguły, kiedy ma on nastąpić. On też następuje często parę razy. Generalnie cały czas rozmawiamy, omawiamy to, co się dzieje, co się przydarza w czasie rzeczywistym. Czasem dzieją się rzeczy zabawne, nieoczekiwane jak w przypadku tej wystawy, gdzie wszystko było już gotowe, rozplanowane i Beti nagle odczuła potrzebę dorobienia paru obrazków. Podczas gdy ja już sobie smacznie „zdychałem” w fotelu, dyndałem wesoło nóżką, że już wszystko gotowe, a tu trzeba było wstawać i zasuwać dalej, bo się okazało, że nagle są jakieś nowe prace, z którymi coś trzeba zrobić.

Cztery fazy księżyca | fot. Mirek Sikorski

AJM: W tekście kuratorskim piszesz(-cie), że ważna jest dla Was refleksja nad statusem i pojęciem dzieła sztuki. Czy dlatego prowadzicie swoistą grę z historią sztuki, z czytelnymi odwołaniami do tak znanych obrazów jak choćby Śmierć Marata Jacques’a – Louisa Davida? 

BK: Cały czas na różne poważne i mniej poważne sposoby testujemy i sprawdzamy, co to takiego jest to mityczne „dzieło sztuki” i jak na nas oddziałuje. Tym razem wzięliśmy na warsztat autorstwo, więc pomyśleliśmy, że to niezły pomysł pogrzebać w obrazie WIELKIEGO AUTORA i spróbować zmienić mu trochę sens, kontekst, a nawet tytuł. Tak powstał obraz Sen radykała, który mimo tych wszystkich zmian, zanim naprawdę zaczął być oglądany, miał automatycznie przypisywany pierwotny sens. To chyba podobny mechanizm jak z tym jednym autorem – automatycznie myślimy: jest dzieło, więc oczywiście jest  konkretny autor.

DV: Bardzo lubię „rozmawiać” sobie z różnymi dziełami sztuki dzięki własnemu rysowaniu czy malowaniu. Wiele artystek i artystów to robi, to dzieje się od setek lat, było i jest także ważną częścią edukacji artystycznej. Na naszej wystawie oprócz słynnego Marata jest jeszcze parę odniesień, jak chociażby w obrazie zatytułowanym Assasina, przedstawiającym aktorkę grającą Charlotte Corday, opartym na zdjęciu bodajże z lat dwudziestych, czy do obrazów Delacroix. Te odniesienia mają swoje źródło w tematyce wystawy przede wszystkim. Narzędzia generatywne, używane jako narzędzia twórcze, to rewolucja, więc nasze nawiązania do rewolucji francuskiej są jakby oczywiste i ze względu na zwrot dziejowy, i ze względu na to, co było i jest tych obu rewolucji efektem. Wiedzieliśmy, że to trochę banał, ale było to pociągające, więc się złamaliśmy. Myślę, że w efekcie porównanie tych dwu rewolucji jest jednak zabawne. I tu, i tu zmieniła się historia, lud dostał do ręki narzędzia. I tu, i tu lecą też głowy; tam dosłownie, tu metaforycznie.

Assasina | fot. Mirek Sikorski

AJM: Fascynują mnie także rozmiary (całkiem spore) Waszych wydruków, przypominające klasyczne, ogromne płótna batalistyczne. Skąd zainteresowanie tym właśnie gatunkiem malarstwa? 

BK: Ta skala i forma nie wynikają z fascynacji tego rodzaju sztuką, tylko z wieloetapowego procesu pracy, o którym mówiliśmy. W klasycznym malarstwie bitwa była przedstawiana, a u nas sam obraz jest bitwą. To pole starcia form, stylów, narzędzi oraz decyzji i na tym polu rozpada się figura jedynego „władcy obrazu” – autora, który rzekomo nad wszystkim panuje…  i powstaje obraz jako republika (śmiech). I kiedy zaczęła powstawać pierwsza taka kompozycja, postanowiliśmy wzmocnić to skojarzenie.

DV: U mnie zainteresowanie malarstwem batalistycznym sięga czasów dzieciństwa. Jako mały chłopak kochałem rysować bitwy, głównie ułańskie. Miałem kolekcję pocztówek z malarstwem batalistycznym, Matejko, von Chlebowski, Kossak – te wielkie kompozycje sprowadzone do rozmiarów pocztówki fascynowały mnie niemożliwie. Minęło trochę czasu i Beti wybudziła moje uśpione geny. Pokazała mi kiedyś kompozycje, którą nazwaliśmy: Przysięga na Sali do gry w piłkę, zresztą za Jaques-Louis Davidem nomen omen. 

No i mi „szczęka opadła”! Byłem zachwycony jej dynamiką, ekspresją, monumentalnością. Troszkę zazdrosny byłem też, nie powiem (śmiech). Stało się – fascynacje z dzieciństwa wróciły. Powiedzieliśmy wtedy sobie, że ona musi być wydrukowana na takim formacie jak co najmniej Bitwa pod Grunwaldem Matejki, choć wtedy, a było to jakieś parę lat temu, nie wierzyliśmy, że do tego dojdzie. Cieszę się bardzo, że jednak się udało.

Moralność i etyka | fot. Mirek Sikorski

AJM: Gdybyście mieli zabawić się w futurologów, to czy Waszym zdaniem zacieranie granic między tak zwaną sztuką czystą a projektowaniem będzie coraz bardziej powszechne w przyszłości? Zadecyduje o kierunku, w jakim będzie zmierzać współczesna kultura wizualna? 

BK: Domyślam się, skąd bierze się to pytanie – pewnie z mojego doświadczenia w pracy w reklamie i projektowaniu. Choć w tym projekcie nie zajmujemy się bezpośrednio relacją między sztuką a designem czy komunikacją, chętnie na nie odpowiem, ponieważ fascynuje mnie to, jak bardzo powszechne jest założenie, że taka granica istnieje. Uważam, że „Sztuka” i „projektowanie” to raczej etykiety niż realne, odrębne obszary. W praktyce te pola się przenikają. Sztuka od zawsze była narzędziem przekazu, wpływu i kontroli (wystarczy spojrzeć na średniowieczne przedstawienia biblijne). I tu znowu wraca autor, też jako przydatna etykieta, który daje nam poczucie porządku w czymś, co jest z natury niejednoznaczne.

DV: Nic dodać nic ująć. Mogę się tylko pod tym podpisać. A to ostatnie zdanie to fajne zakończenie rozmowy, że autor jednak nie umarł, że wraca – taka nadzieja zmartwychwstania i to tuż przed świętami! 


Wystawa “Śmierć Autora”, Studio2: Beata Kotnowska, Dariusz Vasina, 16.03 – 27.03.2026, Galeria Pryzmat, Kraków

Widok wystawy | fot. Mirek Sikorski