Naprzeciwko siebie, oddzielone drogą, stoją dwa domy rodzinne: jeden wciąż zamieszkały, drugi opuszczony. Tak zaczyna się opowieść, do której zaprasza Michał Tokarz. Na miesiąc ustanawia połączenie między dwoma przestrzeniami: wystawa odbywa się jednocześnie w BWA w Tarnowie i w drewnianym budynku w Kleciach, na Podkarpaciu. 

Człowiek zbudował Dom. Od tego powinniśmy zacząć?
Cały projekt ma wydźwięk „biblijny”, mistyczny. W tytułach realizacji staram się nawiązywać do takich kontekstów, więc ten początek wydaje się adekwatny. Powiedziałbym nawet, że w wystawie obecna jest stylistyka starotestamentowa.

Skąd ta sakralność?
Powiązanie między mieszkańcem a domem jest tak bardzo mistyczne, że naturalnie przyszło mi nazewnictwo uwznioślające wobec tej relacji. To nie jest zwyczajnie pojmowana relacja, jak międzyludzka czy nawet międzygatunkowa. W tym przypadku mamy do czynienia z bytem, z którym czujemy kontakt, ale którego nie da się ująć w zwykłe ramy.

Dobrze, więc: Człowiek – twój pradziadek – zbudował dom: drewniany, otoczony zabudowaniami gospodarczymi, zamieszkiwany od 1932 roku przez trzy pokolenia, z przerwą na okupację niemiecką. W 1990 roku twoi rodzice przenieśli się do nowego domu naprzeciwko, dwa lata później dołączyli do nich dziadkowie. Co rodzi ta relacja między budynkami?
Zdecydowanie rodzi napięcie. Ciekawa jest transmisja życia pomiędzy nimi. Po śmierci pradziadka dziadkowie ostatecznie opuścili drewniane siedlisko. Zakończył się krótki etap, kiedy oba budynki były użytkowane i sprawne. Do nowego została przeniesiona całość życia, a stary zaczął niszczeć i zmieniać swoją funkcję. Przestał być domem dla ludzkich mieszkańców. Stał się “porzuconą powłoką”, przekształcaną przez gryzonie, owady, pleśń.

fot. Jędrzej Krzyszkowski

Wychowałeś się w nowym budynku, ale stary wciąż Cię przyciągał – najpierw jako miejsce zabaw, potem badań. Od kiedy Cię fascynuje?
Mniej więcej od liceum dom jest w mojej orbicie zainteresowań, graniczących z obsesją. W tamtym czasie dużo malowałem i potrzebowałem pracowni, postanowiłem urządzić ją w starym domu. Poszliśmy tam z babcią; pokój pradziadków był prawie nienaruszony – ubrania w szafie, dokumenty w szufladzie, osobiste bibeloty w szafce nocnej. Reszta pomieszczeń wyraźnie się zestarzała, ale to jedno miało taką aurę, jakby ktoś dopiero co je opuścił. Stąd w mojej realizacji wątek niejednoznaczności czasu. Dom jest rozszczepiony wielopłaszczyznowo – między Tarnowem a Kleciami – ale też wewnętrznie, ma w sobie nielinearne sprzeczności.

Czas inaczej osiada w poszczególnych pomieszczeniach. W ganku sypie się tynk, (..) brakuje szyb, a w szufladzie pradziadka wciąż leżą aspiryna, okulary i notatki – w przewodniku do wystawy nawiązujesz do tego zjawiska.
Tak, jakby dom łatwiej zaakceptował czy pozwolił na to, żeby jedne pomieszczenia przekształcić, a drugie nie.

Mówisz: pozwolił, czyli przypisujesz mu sprawczość?
Chyba tak. Wynika to z atmosfery pomieszczeń i świadomości, kto je zamieszkiwał. Dom i zgromadzone w nim rzeczy są wizualną kroniką zamieszkiwania. Przedmioty i ściany „pamiętają”, przez dotyk zostawiamy w nich część siebie. Wchodząc do przestrzeni po nieżyjących, szanowanych w rodzinie osobach, odruchowo okazujesz jej szczególny szacunek.

fot. Jędrzej Krzyszkowski

Jaka była dla ciebie praca wewnątrz budynku?
Dosyć mistyczna. Czuję z nim nieokreśloną więź. Lubiłem być tam sam, wsłuchiwałem się w jego ciszę i czułem, że jestem bardzo blisko jego tkanki. Fascynowały mnie historie wpisane w ściany, podłogi, sufity, przedmioty. Wiele nauczyłem się od tego domu. 

Powiesz, czego?
Tego, że przedmioty w bardzo subtelny i piękny sposób mogą opowiadać o ludziach, a przestrzeń ma ogromne znaczenie. Opuszczony i zaniedbany, ten dom staje się miejscem niemal surrealnym. Nauczyłem się, że są przestrzenie, które zupełnie odbiegają od przyjętego porządku i dynamiki świata. 

fot. Jędrzej Krzyszkowski

Czuć to w twoim projekcie. Doświadczanie wystawy rozpoczyna się jeszcze przed wejściem do budynku BWA. 
Park Strzelecki traktuję jak obejście gospodarcze. Przy wejściu do Pałacyku leży drewno, nad drzwiami pojawia się symbol z klecieckiej metaloplastyki. Na Podkarpaciu oznacza bramę do podwórza, w Tarnowie sygnalizuje nietypową relację czasoprzestrzenną. Staram się budować narrację warstwowo, posługuję się metodą zaczerpniętą z gier wideo – environmental storytelling. Nie lubię ścisłego wyznaczania poszczególnych prac w galerii, chciałbym o nich myśleć jako o spójnej historii, która ma wiele wątków pobocznych. Na wystawie nie ma podpisów, jest za to mój swobodny przewodnik.

Odbiorcę wita od progu instalacja, wypełniająca przestrzeń ziemistym, wilgotnym zapachem. Czym jest Portret Gospodarza?
To forma upamiętnienia nieobecnego już gospodarza, który troszczył się o dom i był z nim zrośnięty. Jest to też refleksja nad egzystencją właściciela małego gospodarstwa, który bywa jednocześnie jego panem i niewolnikiem. Figura gospodarza uosabia wszystkich mieszkańców. Instalacja składa się z akwarium wypełnionego ziemią przywiezioną z Kleci i zydelka do dojenia krów. Z akwarium wystają poskręcane korzenie odwracające logikę wzrostu. Formą nawiązują do wieńców dożynkowych – symbolu wdzięczności za zebrane plony i domknięcia rocznego cyklu pracy. Praca symbolicznie mówi o tej postaci i jej życiu splecionym z rytmem miejsca. Jest tu też warstwa osobista – dziadek siadywał na tym zydelku pod zewnętrzną ścianą domu, której funkcję pełni ściana w BWA. Instalacja, widoczna od wejścia, sugeruje, że narracja będzie prowadzona raczej bez figuracji i wyraźnych wizerunków dawnych mieszkańców. Wystawa eksponuje to, że tych ludzi już nie ma, ale są przedmioty do nich należące.

fot. Jędrzej Krzyszkowski

Dalej pojawiają się dwa wizerunki religijne umieszczone naprzeciw siebie. Wiara jest istotnym elementem tej historii?
Wchodząc do domu, mówiło się „Szczęść Boże”, a wychodząc: „Zostańcie z Panem Bogiem”. Dyptyk przy wejściu i wyjściu to symboliczne powitanie i pożegnanie. Dwa asamblaże z oleodruków pokazują splot religijności z życiem na wsi. Ora et labora ze Świętą Rodziną oprawioną w szklaną tarkę podkreśla relację pracy i wiary, nadających rytm codzienności. Zniekształcenie przez falowane szkło sugeruje uproszczone rozumienie duchowości. Drugi oleodruk, owinięty w papier pakowy, pokazuję w formie, w jakiej wydobyłem go z szafy. Siostry prababci były zakonnicami i przekazywały rodzinie liczne „święte” obrazy. Jezus zerkający spod przeżartego papieru symbolizuje ich multiplikację. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie odsłania obraz Boga wszechwidzącego, kontrolującego. Odbiorca najpierw spotyka Gospodarza, potem wchodzi w przestrzeń wartości konstytuujących życie domu.

fot. Jędrzej Krzyszkowski

I wreszcie dociera do samego domu?
Budynek ma prawie co do centymetra takie rozmiary, jak główna przestrzeń wystawiennicza. W dużej sali napotykamy więc zmapowany dom, trochę jak w filmie Dogville – umowne ramy. U von Triera brak ścian nie odbiera historii autentyzmu – szybko przestajemy go zauważać, angażując się w opowieść. Resztę dopowiada wyobraźnia.

Przestępując próg galerii znajdujemy się jednocześnie w dwóch przestrzeniach. Jak opiszesz relację między budynkiem w Kleciach a Pałacykiem Strzeleckim?
To rozszczepienie, a zarazem połączenie. Sam zabieg opowiada też o tym, jak bardzo odrealnione jest to miejsce. Dom stoi w Kleciach, a równolegle ciężko podważyć to, że jest w galerii. Możemy chodzić po pomieszczeniach w wymiarach rzeczywistych, wśród przedmiotów, które były w nim od bardzo dawna. Słyszymy audio art przenoszący odbiorcę na wiosenną wieś. Instalacja Okno Simmla – dwa połączone streamem telewizory, jeden w Kleciach, drugi w Tarnowie – umożliwia obserwację domu z galerii i galerii z domu. Tytuł nawiązuje do eseju Simmla Most i drzwi, gdzie architektoniczne elementy przestrzeni są opisane jako łączące i oddzielające. Okno ustanawia granicę między wnętrzem a zewnętrzem, ale też umożliwia ich relację. Mówiliśmy już, że czas wpływał zupełnie inaczej na poszczególne pomieszczenia. Splątanie nagromadzonych obiektów zaburza chronologię opowieści o losach ich właścicieli. Tutaj doszedł element przestrzenny. Nie tylko oś czasu została zaburzona, ale cała czasoprzestrzeń – powstał specyficzny glitch.

fot. Jędrzej Krzyszkowski

Wystawa w Kleciach, nie licząc pojedynczych przypadków, pozostaje na co dzień niedoświadczana przez osoby ludzkie.
Nie chcę zabrzmieć jakoś ezoterycznie, bo oczywiście narracja jest zbudowana dla człowieka, ale ważne było dla mnie, żeby część gestów była skierowana w stronę domu, nie w stronę odbiorcy. Dla odbiorcy to też może być ciekawsze, że to nie on jest głównym adresatem. Staje się świadkiem relacji między artystą, performującym gospodarza, a przestrzenią domu – nie jest jej częścią, lecz obserwatorem. Przeszczepienie wnętrza do galerii pozwala opowiedzieć tę historię szerzej, żeby nie została zamknięta w czterech ścianach. Nadaje jej wymiar uniwersalny.

Na wystawie ściany są usypane z pszenicy. Jak czujesz się z tym, co się z nimi dzieje w trakcie trwania wystawy? 
Te zmiany są mocne i rezonują z projektem. Na etapie koncepcyjnym wydawało mi się proste i symbolicznie silne pozwolić, aby granice domu były z biegiem czasu naruszane przez odbiorców. Kiedy jednak zaczęliśmy usypywać ścieżki, pojawił się gest troski: delikatne, medytacyjne wyrównywanie ścian. Przywiązałem się do powstającego rysunku, obserwowanie jego zmian było trudne. Zdecydowałem się więc na wprowadzanie poprawek, w nawiązaniu do ciągłego remontowania, łatania gospodarstwa. Dom sypie się jak ziarno, pozostaje między podtrzymywaniem a rozpadem. Wymaga nieustannej troski, a być może i tak finalnie się rozsypie.

fot. Jędrzej Krzyszkowski

Nie jest to jedyny obszar projektu, w którym pojawia się ziarno. Powiesz więcej o tym motywie? 
Motyw ziarna i plonów to kluczowy wątek, związany z formacyjnym wymiarem prowadzenia gospodarstwa. Miał bardzo duży wpływ na to, jak pracuję i kim jestem. Na wsi wszystko kręci się wokół sezonowości: zbiorów, siewów, pielęgnacji pola, dbania o plon. Ziarno, obecne od zawsze na strychu pełniącym funkcję spichlerza, niejako wsiąkało w strukturę budynku. Wisząc nad głowami mieszkańców, symbolicznie ważyło nad ich losem, wyznaczając rytm pracy i życia w cyklach związanych z uprawą. Praca Ziarna i plewy pokazuje kolejne fazy rozwoju zbóż – od kiełkowania po zamieranie – w dialogu z funkcją poszczególnych pomieszczeń, zarówno w galerii, jak i w Kleciach. Grafiki pełnią rolę „opiekunów” przestrzeni, a usypane z pszenicy ściany podkreślają fundamentalne znaczenie ziarna, wokół którego organizuje się porządek domu.

Mówisz o grafikach – z wykształcenia jesteś grafikiem warsztatowym. Jak to objawia się w tym projekcie? 
Nie myślałam o tym w trakcie realizacji, ale patrząc analitycznie, widzę myślenie matrycą, odbitką, śladem – elementami wyniesionymi z procesu grafiki warsztatowej. Widać to na przykład w pracy Pamięć przedmiotów, najbardziej rozbudowanym fragmencie projektu. Przenosiłem z domu do galerii gotowe układy przedmiotów zostawianych tam przez lata. Na ich miejscu zostawał cień, który zaznaczałem, a później pastowałem podłogę w tym obszarze. Przedmioty były matrycą, a w domu zostawał ślad troski – odbitka.

W których pracach możemy rozpoznać mieszkańców?
We wszystkich, bo czerpię z przedmiotów, które do nich należały. Celowo unikam bezpośredniego wykorzystywania wizerunków. Chcę, aby ich reprezentacją stały się pozostawione przez nich ślady. To wzmacnia poczucie opuszczenia, ale też uniwersalizuje narrację. W pracy Apoteozy pojawiają się też wątki mieszkańców nieludzkich i otwarte pytanie, kto w tej historii jest intruzem. Instalacja nie rozstrzyga konfliktu, pokazuje jedynie, że dom od zawsze był przestrzenią współdzieloną przez wiele istot. Rozmawialiśmy o Ziarnach i plewach – to też jest opowieść o tym, jak funkcjonowali mieszkańcy domu. Praca Lustro stanowi wyjątek, w niej jako jedynej zdecydowałem się wykorzystać portrety. Po nałożeniu na siebie fotografii i wydrukowaniu na tafli lustra, powstała rozedrgana i niewyraźna sylwetka, która kondensuje wizualnie wszystkie postaci przez lata odbijające się w jego powierzchni. Obraz staje się reprezentacją nagromadzonych spojrzeń, od ziemianina po współczesnego odbiorcę.

fot. Jędrzej Krzyszkowski

A kim ty jesteś w tej przestrzeni?
Dobre pytanie. Obserwatorem i spadkobiercą niechcianego, czy może trudnego bagażu. Dom jest nacechowany sentymentalnie i znaczeniowo, ważny dla rodziny, ale nikt nie ma możliwości, żeby się nim zająć i go odrestaurowywać.

W tej pracy podejmujesz takie gesty.
Może nie tyle odrestaurowania, ile bardziej pielęgnacji. Gesty troski wobec domu przypominają opiekę nad osobą chorą – delikatne mycie, pastowanie, „głaskanie” przestrzeni dają jej ukojenie. Nie zakładam, że uda się go odrestaurować, chodzi bardziej o podtrzymywanie życia w jego obecnym stanie.

Na wernisażu rąbałeś drewno, a na finisażu zapraszasz do grania w karty. 
To właśnie performowanie życia w domu. W pracy „Karty” odtworzyłem rewers ze „zgranej” talii pradziadka, który umawiał się z sąsiadami na “tysiąca” przy kuchennym stole. Odnowiony rewers manifestuje odnowienie więzi sąsiedzkich, nie tylko na wsi. Chciałbym na jedno finisażowe popołudnie symbolicznie wrócić do tej atmosfery i zacieśniania więzi. Rąbanie drewna z kolei jest wyrazem braku bezinteresowności w relacji między budynkiem a gospodarzem. Jeżeli dom daje schronienie, to wymaga ofiary od mieszkańca. Ja w tym przypadku performuję gospodarza, muszę dbać o budynek, żeby zapewnić sobie dobrobyt i ciepło. 

fot. Jędrzej Krzyszkowski

Na koniec zapytam, jak wyglądały początki pracy nad projektem?
Pracowałem nad nim 5 lat. Pierwsze kroki były bardzo trudne, trzeba było zmierzyć się z nawarstwieniem przedmiotów i nacechowaniem sentymentalnym. Paraliżowało mnie podjęcie decyzji, co wyrzucić, co oczyścić, a co zostawić nienaruszone. Na ile mogę ingerować w budynek, a na ile ważna jest szczerość zastanego krajobrazu. Zdecydowałem, że muszę oddać szacunek przestrzeni i udokumentować jej stan pierwotny. Powstał skan 3D, dokumentacja fotograficzna i przeszedłem do skrupulatnego przeglądu przedmiotów. Znajdowałem rzeczy bardzo inspirujące, które zarysowywały kolejne wątki narracyjne.

Czyli można powiedzieć, że było w tym projekcie jakieś zmaganie? Dodajmy, że to projekt doktorski.
Być może ciężar potęgował fakt, że moja magisterka też dotyczyła korzeni i tożsamości, co przełożyło się na doktorat. Zmieniła się perspektywa – wcześniej ja byłem głównym bohaterem, tutaj jest nim dom. To, że całość domyka rozprawa doktorska, wymusza spojrzenie przez filtr metodologiczny i weryfikowanie założeń. To zresztą naturalny stan przy kończeniu dużych projektów – każdy twórca czuje się nimi trochę zmęczony.

Myślisz, że teraz uwolnisz się od tej tematyki?
Obawiam się, że nie. Optymistycznie założyłbym, że przez 4 lata nie wrócę do tematu domu. Ale już jak to powiedziałem, to czuję, że trochę kłamię. Są w nim takie wątki, które wciąż mnie nurtują.


Michał Tokarz „Dom Istot Wielu” 1.03 – 31.03.2026 BWA Tarnów
Kuratorka: Paulina Mazurek