Listopadowym rankiem przygotowuję się do rytuału przejścia. Pójdę ja do lasu, by wyżłobić łopatą na sześć stóp głęboki dół. Wrzucę tam elektrosprzęty wszelkie, a wapnem poprószę sowicie i ziemią przyklepię. No more GPS, no more AI, no more SM. Całą władzę oddam zamkniętemu w kostnej łupinie, wieńczącemu kręgową wieżę komputerowi. Niech tam, pod kopułą, zapłonie ogień, a skrypty kaczym piórem naskrobane piętrzą się i wypełniają ciasno pułki, schowki, szufladki i przegródki. I niech no tam zostaną, narażone na ogień i żuwaczki mrzyków.
Za nieobecność w sieci powinno być płacone — powściągliwość w publikacji, lajkowaniu, repostowaniu jest cnotą nielicznych aniołów, która słuszna i godna jest naśladowania. Dokładanie swojego kamyczka do walącej się na łeb z ogłuszającym łoskotem lawiny wydaje się wyrazem desperacji żądnego atencji humunkulsa. Należy być może i jego w dole złożyć, szczelnie zasłaniając oczy.
Ale to od jutra, jeszcze nie dziś, bo sen morzy, powieki zlepia, do spoczynku zaprasza, chytrus…
W nocy zbudziłem się z pulsującym jak neon tytułem o zagadkowej treści: „O człowieku, którego ____ struna życia trąciła myszką”. W samym centrum ziała jednak niezręczna pustka. Dół, którego nie śmiałem wypełnić, zapisując to zdanie w otwartym nocą notatniku. Nie była to stylistyczna, robiąca dramaturgię pauza, ale puste pole, w które jak w podsuniętym formularzu wcisnąć należało słowo jakieś. Rzecz w tym, że na żaden egzamin się nie zapisywałem, a lubię wiedzieć, na czym skreślam swój podpis — i gdzie to później będzie mielone, przez czyje ręce przejdzie. Tu jednak znów milczenie, więc raportuję tylko, zostawiając puste. Ciemną nocą wiedziałem bowiem jedno, że to „do «Linii»” — i że to tytuł właśnie.
Z tą łopatą to nie żart wcale i pogrzeb zrobić trzeba. Pakuję więc z rana wszystko, co świeci ekranem, co powiadomienia wysyła, co nasłuchuje i z satelitą łączy — do wora, najlepiej jutowego. A wór do jeziora, tyle, że jeziora nie ma, więc chlup do leśnego doła. Niech baterie się rozleją, kwasem wsiąkając w glebę, a aluminium kruszeje, w tlenek zamieniane. Miło mi pomyśleć, że mogę sobie na podobną perwersję pozwolić. Mniej miło, że równałoby się to ze skazaniem samego siebie na banicję. Świat odpalił w końcu wirtualne wrotki i gna na łeb, na szyję, dokładając tylko do pieca. Głupio byłoby więc zostać z tą łopatą samemu, malejąc tylko, by wreszcie zniknąć w perspektywie tylnego lusterka.
Szpadel marszczy się w zetknięciu z ziemią, jakby zrobiony był z plasteliny. Witam tę rewelację z ulgą, sprawdzając i butem twardość ziemi. Rzeczywiście, zamarzła już! Wracam więc, przez powalone pniaki skacząc, studząc rozognione policzki. Coś dziwne te brzozy jednak, jakby skórą obleczone i rzeczywiście, stopa wpada przez tę błonę wprost do dziupli z chlupotem. But rozpuścił się, jak zeżarty kwasem. Oblepioną miodem stopę wyciągam jednak w stanie nienaruszonym. Chcę maź wytrzeć, a tu zbieram tylko leśną drobnicę — liście, korę, łupki szeleszczące, skorupki, nóżki, kupki, zarodniki, kiełki przyszłe. W pęd wpadam, chcąc do domu, jednak coraz trudniej ten pakunek nożny szkitem dźwignąć. Nie ma co marzyć o powrocie, bo z bani się sombrero robi wirujące, tnące jak tarczówką skamieniałą ziemię. Ta pęka pod wpływem wściekłego, wzburzającego iskry w niebo tarcia jakby ze szkła zrobiona. Wpadam w wyrwę, lecę. Chlust i czarno. Wreszcie.
Styczeń 2026